piątek, 27 marca 2015

Meandry odchudzania i zdrowego żywienia – od diety kopenhaskiej do bilansu kalorycznego cz. 4

Tłuszcz i cholesterol

Wszyscy na okrągło przekonują nas do liczenia kalorii. Sam przez długie lata byłem przekonany, że to jedyna droga prowadząca do skutecznej kontroli ilości zjadanych pokarmów. Dość skutecznie wbito nam w głowę, że mięso i tłuszcze zwierzęce są tuczące. Natomiast owoce możemy jeść bez ograniczeń. Owoce zawsze są zdrowe i przytyć na nich nie można. Ba. Cóż jednak począć z przypadkami, które widziałem na własne oczy? Oto szczupła dziewczyna zaszczuta medialną gadaniną o odchudzaniu i zdezorientowana pokazami mody z udziałem zagłodzonych modelek anorektyczek, przestaje jeść cokolwiek poza owocami i warzywami. Wystarczy kilka miesięcy i pojawia się poważna nadwaga. Co na to powiecie?
Powtarzam po raz kolejny i pewnie jeszcze nie raz będę powtarzał. Liczenie kalorii nie ma żadnego sensu. Zatrzymajmy się teraz chwilę nad tłuszczami pochodzenia zwierzęcego. Wielka trwająca ponad pół wieku nagonka zrobiła tu więcej złego niż dwie wojny światowe razem wzięte. Tam przynajmniej zło było widoczne, tu przyszło do nas pod płaszczykiem dobra i troski o zdrowie.
Wmówiono nam, że jest przyczyną tycia i chorób serca. Tymczasem obiektywne badania nie potwierdzają tego faktu. Gdy zaś zaczęły się problemy hormonalne u ludzi rezygnujących z tłuszczów w diecie, wymyślono nową teorię, by jakoś potrzymać ten gmach nonsensów. Podzielono tłuszcze na dobre i na złe. Teraz, gdy wpiszecie w wyszukiwarkę „zdrowe tłuszcze” od razu dowiecie się, że to te pochodzenia roślinnego, czyli oleje, oliwy i dodatkowo tłuszcz z ryb.
Tu znowu doszło do przekłamania. Sporo badań wskazuje, że o wiele bardziej niebezpieczna dla zdrowia jest wysoka podaż kwasów tłuszczowych nienasyconych, czyli tych uznanych za zdrowe, niż kwasów nasyconych.
Wielu ludzi pyta mnie o cholesterol. To największy straszak medialny. Nawet osoby przyznające mi poniekąd rację, gdy widzą ile zjadam mięsa i jajek, pytają czy nie boję się cholesterolu. Nie odpowiem Wam wprost. Chciałbym jednak zwrócić uwagę na niekonsekwencję wszystkich, którzy tak bardzo demonizują cholesterol i tłuszcze pochodzenia zwierzęcego. Powszechnie wiadomo, że wyższy poziom testosteronu u mężczyzny oznacza, że jest on bardziej umięśniony, a mniej otłuszczony. Z tym zgadają się wszyscy. W tkance tłuszczowej zbiera się aromataza, która blokuje testosteron. Mamy więc prostą zależność. Więcej testosteronu – mniej tkanki tłuszczowej. Więcej tkanki tłuszczowej – mniej testosteronu. Teraz nastąpi najważniejsze. Co jest potrzebne do produkcji testosteronu? Tak, słusznie się domyślacie. Cholesterol! Bez spożycia odpowiedniej ilości tłuszczu i odpowiedniego poziomu cholesterolu mężczyzna będzie niemal impotentem. Skąd dziś się bierze takie zapotrzebowanie na środki na potencję? Czemu nasi dziadowie nie mieli tego typu problemów?
Skoro już pozwalam sobie na daleko idącą szczerość… Faktycznie istnieje korelacja pomiędzy wysokim poziomem cholesterolu a zawałami serca. Jest to jednak sprzężenie wywołane sztucznie. Znowu nikt nie chce rozpowszechnić wyników bardzo niewygodnych badań, które pokazały, że sporo zawałów serca zostało wywołanych przez… leki obniżające poziom cholesterolu. P tym mówiło się już trzydzieści lat temu i nadal nic z tym nie zrobiono. Dlaczego? Bo byłoby to niezgodne z interesami firm farmaceutycznych.
Jeden z Czytelników zwrócił mi uwagę na książkę Taubesa, która być może za jakiś czas zostanie wydana w języku polskim. Byłby to chyba niemały przełom i wyłom w murze dietetycznego bełkotu. Moje uwagi są na razie oparte na nieco innych źródłach oraz własnych doświadczeniach i obserwacjach. Dlatego też chciałbym tu poczynić kilka zastrzeżeń. Nie zachęcam nikogo do bezkrytycznego przyjmowania podanych przeze mnie stwierdzeń. Warto je jednak przemyśleć. Trzeba nam zrozumieć, że to co uznajemy za naukowo potwierdzone jest najczęściej tylko wynikiem wiary, manipulacji i chęci zysku.
Najczęściej, gdy wspomina się o tłuszczach, wszyscy od razu zwracają myśl kudiecie Kwaśniewskiego lub Atkinsa. Bynajmniej nie uważam, by były to diety optymalne i zdrowe. Pisałem o tym na tym blogu kilka miesięcy temu. Tam szerzej przedstawiam problematykę diet tłuszczowych. Nie jestem zwolennikiem żywienia się niemal samymi tłuszczami zwierzęcymi. Musimy jednak na nowo włączyć je do naszego jadłospisu. W przeciwnym wypadku tracimy nie tylko zdrowie, ale imożliwość naprawdę skutecznego odchudzania oraz cieszenia się do późnych lat wysokim libido.

Kilogram waty i kilogram ołowiu

Wróćmy do liczenia kalorii. Gdyby teza ta była choć częściowo prawdziwa to oznaczałoby, że zjedzenie określonej ilości śliwek da taki sam efekt, jak zjedzenie kawałka masła. Wszystko pod warunkiem, że dostarczymy tyle samo kalorii. Wiadomo, że tak nie jest. Uzyskamy bowiem całkiem inną odpowiedź hormonalną i enzymatyczną.
Przypomina mi to starą zagadkę. Co jest cięższe – kilogram waty, czyli kilogram ołowiu? Każdy odpowiada, że mają ten sam ciężar. Skoro tak to spróbuj zrzucić sobie na nogę kilogram waty i kilogram ołowiu. Czy efekt będzie taki sam?

Nowa podpora starej teorii

Tu znowu powstała ciekawa podpórka. Należy wyliczyć swoje zapotrzebowanie kaloryczne, potem wymaganą ilość białka i resztę kalorii uzupełnić węglowodanami i niewielką ilością tłuszczy. To już znaczny postęp wobec takiej diety kopenhaskiej. Niestety postęp niewielki. Tą metodą również nie uda nam się dostarczyć organizmowi tego czego rzeczywiście potrzebuje i będziemy mieli sporo szczęścia jeśli nie zaczniemy obrastać tłuszczem.
Wielu sportowców i kulturystów wybiera chude mięso, by przypadkiem nie zjeść trochę więcej tłuszczu. Potem z trudem próbują zrzucić zbędne kilogramy, a nie zdają sobie sprawy z tego, że gdyby jedli więcej tłuszczu a mniej węglowodanów, nie musieliby się tak wysilać. Czas zrozumieć, że najbardziej tuczące są węglowodany we wszelkiej postaci. Zarówno cukry proste, jak i złożone, choć efekt nie jest jednakowy.
Od razu można tu wyciągnąć wniosek, że uzyska się właściwy efekt, gdy całe wyliczenie zostanie nieco odwrócone. Można przecież zrobić tak – wyliczamy zapotrzebowanie kaloryczne, określamy ilość białka, a potem resztę kalorii rozkładamy na tłuszcze i niewielką ilość węglowodanów. Postęp faktycznie jest duży, ale temu sposobowi nadal daleko do ideału. Można sprawę przeprowadzić dużo lepiej i uzyskać większą precyzję, a tym samy lepszy sposób odchudzania i lepsze zdrowie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz